Przyznam się bez bicia. Nie było w mojej "karierze" fana muzycznego zespołu, na punkcie którego miałbym większą obsesję niż na punkcie
Pidżamy Porno (plus wszystkich innych projektów
Grabaża). W latach 1999-2004 zaliczyłem blisko 25 koncertów
Pidżamy, a razem ze
Strachami Na Lachy i solowymi koncertami
Grabowskiego pewnie już ponad 30. W niektórych środowiskach przyznanie się do uwielbiania
Pidżamy równa się towarzyskiemu samobójstwu. Ale ponieważ cenieni w tych środowiskach artyści nierzadko chcieliby mieć równie chwytliwe piosenki co
Grabaż, więc myślę, że powodów do wstydu nie mam.
Gdy w dniu premiery kupowałem "Bułgarskie centrum" byłem mimo wszystko pesymistą i uważałem, że dobrym pomysłem Grabaża było zakończenie działalności Pidżamy po wydaniu "Marchwii w butonierce". Jak pisał rok temu na temat płyty Strachów Na Lachy Wojtek Wysocki "wyczerpał się pewien sposób myślenia o muzyce" (wtedy się z nim nie zgadzałem). Jednak koncerty Punk Rock Later były być może symbolicznym zamknięciem pewnej epoki. Dziś to, o czym mówił Wojtek jest już dla mnie oczywistością.
A jak jest? Nie jest źle. Jest nieźle. Pidżama próbuje wymykać się upływowi czasu. Nie jest to jednak ani ucieczka do przodu, ani do tyłu, tylko raczej w bok. Zaskoczeń wprawdzie nie ma, a jeśli są, to są one przewidziane i zaplanowane. Zaskoczenie nr 1: piosenki przez ponad dekadę chomikowane po prywatnych szufladach Grabaża w końcu zostały opracowane i porządnie nagrane. Chodzi tu o niemal crustowy (choć z typowo Pidżamową melodyką) "Każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje" i swingującego w pierwszej części a punkującego w drugiej "Józefa K.", którego kolejne pokolenia maturzystów będą zapewne cytować w szkolnych wypracowaniach ("czymś musiał narazić się innym/czy tylko tym, że był niewinny?").
Zaskoczenie nr 2: covery. Po raz pierwszy bez tekstowych reinterpretacji Grabowskiego. Jeden klasyk, czyli "Wódka" Kultu, jest podany bardziej na folkowo (dobrze pasuje do koncepcji "Bułgarskiego centrum") a drugi klasyk, czyli po prostu okropna wersja "Rockin’ In The Free World" Neila Younga z okropnym akcentem Grabka. To, co miało swój urok na "News From Tienanmen" czy "Fucking In The Church" tu brzmi po prostu żenująco.
Zaskoczenie nr 3: ilość spokojnych piosenek – najlepszych fragmentów płyty. Wspaniale brzmią folkowe "Koszmary..." stylizowane chyba na poezję międzywojenną (na Leśmiana?): "Czwarta para: byk i panna/Ich ślepe sługi w sutannach/Ludzie w twardej skale kuli/Kościół co miał łeb z cebuli/Słudzy czary poczynili/Nocą krzyże zamienili/Ludziom co się doń modlili" – oto próbka jedynej w swoim rodzaju liryki Grabowskiego. Melancholijne, poetyckie i rozmarzone "Nikt tak pięknie nie mówił że się boi miłości jak ty" (co za tytuł!) mogłoby się znaleźć na płycie Strachów Na Lachy. "Droga na Brześć" z surfową gitarką i sapiącym Grabażem ("znasz to z Schuuulza czy z Almodovaaaaara" – zaśpiewane w ten sposób brzmi niestety strasznie pretensjonalnie) to też jeden z jaśniejszych punktów płyty. W tym kawałku Grabowski sięga też tekstowego mistrzostwa: "Ziewa Bulwar Robespierre’a/Wisi mi kto wisi na latarni/A kto się o nią opiera".
To, co może denerwować w "Bułgarskim centrum" – i dotyczy to nawet najlepszych piosenek - to niektóre interpretacje wokalne Grabaża. Gdy zawodzi niczym Joe Strummer za czasów The Mescaleros to ma to swój urok, ale chwilami wpada w prawdziwie kaznodziejskie tony.
Największe rockery na płycie – "Wirtualni chłopcy", "Bułgarskie centrum", "Egzystencjalny paw" (z gitarą jak w "Ezoterycznym Poznaniu") oparte one są na starych sprawdzonych, pop-punkowych schematach, w których Pidżama specjalizuje się od czasu "Złodziei zapalniczek". Słucha się tego w każdym razie znakomicie.
Oczywiście nie czuję się zobligowany pisać teraz kolejnego peanu na cześć Grabażowych tekstów, o których powstały już prace naukowe i które ukazują się w periodykach literackich – one zostały powszechnie docenione i jeśli ktoś nie chce tego zaakceptować, to jego sprawa. Inna rzecz, że kiedyś ta hossa Grabowskiego jako autora tekstów musi się skończyć i ten dzień nieodwołalnie się zbliża. A co zostanie Pidżamie bez dobrych tekstów Grabaża? Lepsze lub gorsze, a na pewno mało odkrywcze punk’n’rollowe piosenki. Jak na razie, ten potencjał ciągle mi (wciąż wielkiemu fanowi) i dzieciarni regularnie zapełniającej kluby studenckie w zupełności wystarcza.